:: 03 kwietnia 2012 ::


Omamori

Mam znajomego, który mówi, że kto gra w Lotto, ten w ten sposób płaci podatek od naiwności... Podobnie pewnie powiedziałby o osobach, które kupują talizmany omamori...

Mamy XXI wiek, a w świątyniach japońskich (często i w świątyniach buddyjskich i chramach shinto) można zaopatrzyć się w ochronne, hm, jak by to nazwać? Breloczki?

Ponieważ są rożne typy (na bezpieczną jazdę samochodem, na zdrowie, na dobre wyniki w nauce, na szczęśliwe związki) można sobie dobrać wersję odpowiedni spersonalizowaną.

Mnie się najbardziej podobają (ale przecież sobie nie kupię...) te w wersji z Hello Kitty. Taki współczesny do bólu mariaż sacrum i profanum...



Przyznam się: ja na co dzień płacę podatek od naiwności – przy kalendarzu dynda mi omamori na szczęście z Kiyomizu. W samochodzie mam taki na bezpieczną jazdę z Shizuoki. W kuchni, natomiast, ale to już tylko dla ozdoby, wiszą omamori na związki.



Mój ulubiony o dość nietypowym kształcie kamelii z mojej absolutnie najbardziej lubianej świątyni Rokkakuji w Kioto.



Zapewniam: nie działa ;).

m.


:: 05 kwietnia 2012 ::


Sztuka umiaru?

W księgarniach internetowych w dziale "Japonia" można nabyć książkę Dominique Loreau Sztuka umiaru. Pisała o niej już Tunviel, więc zabrałam się do czytania, bo skoro w książce jest w coś o Japonii, to koniecznie trzeba. Zawsze można się dowiedzieć czegoś nowego...



Hmm, książka jest o jedzeniu... W sumie to książka z pretensjami poradnika dietetycznego.

A teraz będę się czepiać:

Ulubionymi słowami autorki są: "przyjemność", "rozkosz", "uczta" oraz sformułowania typu:
"Żyć wykwintnie i elegancko", "rozkosz dla podniebienia", "królewska uczta"...

Z tego, co liznęłam etyki i filozofii, to słowo "umiar" i ulubione wyrażenia autorki grają do różnych bramek i absolutnie nie idą ze sobą w parze.

Książka jest miksem, a w zasadzie zlepkiem rożnych teoryjek estetyczno-filozoficzno-żywieniowych z żonglerskim tłem chwytliwych pojęć japońskich (nie zawsze w pełni rozumianych). Do tego autorka sypie wyjątkami z literatury chińskiej i japońskiej, jakby cytowała wróżby z chińskich ciasteczek.

A teraz kilka złotych myśli na przystawkę:

"Wystarczy w tym celu zaopatrzyć się w ładną, dużą miseczkę o pojemności 600 mililitrów. A jeśli możesz, zafunduj sobie miseczkę z laki, która jest szczytem wygody (nie ma potrzeby mycia naczyń!), lekkości, ekologii, wyrafinowania i zmysłowości." str 74.

"Aby gotowanie, nawet prostych dań, sprawiało nam przyjemność, powinniśmy dysponować praktyczną, przyjemną i funkcjonalną kuchnią, w której czujemy się dobrze." str. 116.

Na temat idealnego posiłku:
"Dobry, najlepiej świeży makaron, okraszony odrobiną masła, podany ze szparagami, kilkoma kroplami oliwy i starym parmezanem, startym na tarce, stanowi ucztę dla podniebienia. Proste jedzenie to miseczka wyłuskanych owoców granatu. Mała porcja posypanych cukrem truskawek z kieliszkiem dobrego szampana lub zupa z soczewicy podana z jeszcze ciepłą, chrupiącą bagietką posmarowaną świeżym masłem." str. 127.

"Pamiętam, jak na pewnym weselnym przyjęciu zjadłam tylko tylko kawałek pasztetu z gęsich wątróbek – za którymi Japończycy na ogół nie przepadają – i wypiłam szampana. Zachowam na zawsze w pamięci wspomnienie tej decyzji, która sprawiła, że przybrałam następnego dnia na wadze tylko jeden gram i dzięki której uniknęłam niestrawności." str. 144-145. (tego wtrętu o Japończykach w tym kontekście zupełnie nie rozumiem. m.)

Nie będę się bardzo czepiać listy składników, które powinny być na porządku dziennym w naszej (polskiej) kuchni, bo książka napisana została z myślą o rynku francuskim, ale jakby ktoś ortodoksyjnie chciał się zastosować, to na liście "must have" pojawiają się:
sos ostrygowy,
pasta sezamowa,
imbir w tubce,
miso,
orzeszki piniowe,
suszone grzyby shiitake lub smardze,
małże.

Ale...
Całe to czepianie się jest z mojej strony tylko pretekstem do naświetlenia innego zagadnienia.

Autorka, jak widać na co drugiej lub trzeciej stronie jest japanofilką. I jak większość japanofilów stara się tę swoją Japonię przerobić subiektywnie na własny styl codziennego życia.

Nie, nie ma w tym nic złego...

Problem tkwi gdzie indziej. Ludzie kultury zachodniej, zafascynowani stylem życia i myślenia Wschodu (najczęściej są to elementy tradycji i kultury, która już nie funkcjonuje w świecie współczesnym) starają się te elementy przetransponować na grunt zachodni. Rzecz w tym, że nie wystarczy sprawić sobie japońskich przyjaciół, przeczytać kilka książek, czy pomedytować kilka tygodni w japońskim klasztorze. Nie można tak z biegu wejść w odmienną i obcą, jak by nie było, kulturę i nauczyć się jej jak na kursie przyspieszonym.

Zgodzę się, że idea obentō jest atrakcyjna i ekologiczna. Zgodzę się, że kuchnia japońska jest świetną inspiracją do zdrowego żywienia. Zgodzę się, oczywiście, że zen jest mądrym sposobem na radzenie sobie z rzeczywistością. Ale nie róbmy z tego sztucznie i na hura podstawy naszego życia...

Bo może się to skończyć jak z nazwą "Fujiyama"...

Ktoś gdzieś zasłyszał, że znak na "górę" czyta się "yama". Co jest, jak najbardziej zgodne z prawdą. Więc opisał najwyższy szczyt w Japonii "Fujiyama". Kłopot w tym, że słowa, które są złożeniami kilku znaków chińskich czytamy generalnie po sino-japońsku, czyli w tym przypadku "Fujisan". Ale nazwa "Fujiyama" poszła w ruch w Europie i w niektórych krajach tak już zostało.
Dodam tylko złośliwie tylko, że ten ktoś był Francuzem.

A zatem – sztuka umiaru – drodzy japanofile :).

m.

P.S.
Zabieram się do czytania Sztuki planowania tej samej autorki. Tę pozycję też można znaleźć w dziale "Japonia"...




:: 09 kwietnia 2012 ::


Wielkanocny maraton książkowy

Święta to nareszcie czas na narobienie zaległości czytelniczych...

Kim Munhak, Koreańczycy, Japończycy, Chińczycy, Kwiaty Orientu 2010.



Książka ogromnie polecana przez znajomą. Zabrałam się do czytania z ogromnym zapałem i nadzieją, że uszczknę trochę pożytecznej wiedzy...

A tu... rozprawa na temat siusiania, kupkania, romansowania i oglądu kobiet pod względem estetycznym... Pierwsza cześć tej książki jest kompletnie nietrafiona. Zaczyna się bardzo ciekawym i głębokim tematem odczytu znaków kanji w Korei, Chinach i Japonii i nieporozumień wynikających z różnic językowych. Szkoda tylko, że w tekście nie zamieszczono zapisu w znakach kanji, bo porównania wyrażeń zapisanych w transkrypcji są nieczytelne i przez to bezcelowe.

A potem jest fizjologiczna jazda po równi pochyłej, aż do tekstu o biustach i noszeniu staników (co mężczyzna może wiedzieć na temat noszenia staników?!).

Ja rozumiem, że każdy, nawet taki trywialny temat, jak metabolizm może być podstawą do rozważań o różnicach kulturowych... Problem w tym, że autor stara się utrzymać formę anegdotyczną, jednocześnie błyskać intelektem i pisać tekst mniej lub bardziej "naukowy".

Druga część książki* jest nieco lepsza. Zmierza w kierunku, którego można było się spodziewać po założeniu porównawczym trzech kultur. Ale znowu zagadnienia różnic charakterologicznych, moralnych i społecznych są z lekka tylko zarysowane i nie podparte w żaden sposób analizami kulturowym. Za każdym razem autor opisuje efekty, a brakuje choć chwili refleksji nad przyczynami opisanych zachowań. Szufladkuje tylko: Japończycy – czyści i porządni, Chińczycy – leniwe brudasy, Koreańczycy – chwalebnie po środku.

I w ten sposób z dobrze zapowiadającego się studium kulturowego trzech krajów wyszedł zbiorek, który poprzez upraszczające i uogólniające stwierdzenia utrwala tylko stereotypy. Do tego autor nie podpiera się żadnymi statystykami (opisuje zjawiska za pomocą trzech słów: "wiele", "pełno", "dużo"), a tylko bazuje na własnych, skądinąd subiektywnych obserwacjach i podsumowuje swoje rozważania konkluzjami na poziomie wypracowań maturalnych... (np.: "Gdy chce się zrozumieć kulturę jakiegoś kraju, trzeba poznać jego wewnętrzne zróżnicowanie, inaczej będzie to jedynie powierzchowna wiedza. To samo dotyczy trzech opisywanych przez mnie krajów. Ich kulturę zrozumiemy, poznając różne oblicza północnej i południowej oraz wschodniej i zachodniej części." str. 125.

Szkoda, wielka szkoda...

*Swoją drogą konstrukcja tego zbioru jest dla mnie zagadką – jakby ktoś pozbierał kilka tekstów napisanych na różnego rodzaju iwenty typu konwent i skleił je do kupy jako zbiór, niestety niespójnych i z wyraźnym brakiem myśli przewodniej.


Hiromi Kawakami, Manazuru, Karakter, Kraków 2011.



Dość obszerna powieść o kobiecej naturze zapominania i godzenia się z utratą miłości. Kobieca, przez co nieco poetycka. Określana jako "oniryczna", choć miejscami raczej powinna być opisana jako "surrealistyczna". Lekko rozedrgana, ale konsekwentnie ukazująca pod przykrywką surrealistycznych wizji (majaków? przewidzeń?) psychiczne dojrzewanie bohaterki.

Bardzo dobry opis stosunków kobiet w trzypokoleniowej rodzinie, gdzie przeplatają się trzy etapy życia kobiety i bardzo dobry przekład Barbary Słomki, dzięki któremu nic się nie gubi i nie umyka.


Yoko Ogawa, Muzeum ciszy, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2012.



Ładna. Bardzo ładna powieść. Z niesamowitym wątkiem muzeum w tle. Płynąca spokojnie wraz z rytmem pór roku. Opowieść o śmierci i o życiu. Ale taka bez zadęcia i afektacji. Miejscami przypomina trochę Koniec świata i Hard Boiled Wanderland Murakamiego, ale nie razi to w żaden sposób. Bardzo, bardzo ładna. I nawet jak pojawia się kontrapunkt w postaci wątku kryminalnego (można odnieść wrażenie, że ten wątek załadowany został trochę na siłę) wydźwięk powieści się nie zmienia.

Co ciekawe, autorka umieściła akcję gdzieś w Europie. Nie jest powiedziane wyraźnie, gdzie, ale całkiem nieźle udało jej się uniknąć pułapek japońskości w tekście. Są tylko dwie, które, podobnie jak u Murakamiego, mogą stanowić pewne punktu odniesienia, co do narodowości autora.

Czyta się świetnie, co jest też zasługą bardzo dobrego przekładu Anny Horikoshi, która zresztą tłumaczyła też wspomniany Koniec świata.


Yoko Ogawa, Miłość na marginesie, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2011.



Mniejsza objętościowo powieść tej samej autorki i być może przez to nieco płytsza. Ale też ładna. Ogawa pisze prostym, a jednocześnie bardzo wciągającym i miejscami poetyckim językiem. W ten sposób, opisując świat rzeczywisty, zostawia pewnego rodzaju bańki, które wypełnia zdarzeniami z innych poziomów świadomości. W porównaniu do powieści Kawakami, odświeżająca i lekka.


Antoni Ferdynand Ossendowski, Szkarłatny kwiat kamelii, Wydawnictwo LTW, Łomianki 2011.



Pierwsze wydanie tego zbioru opowiadań inspirowanych Japonią ukazało się w Polsce w 1928 roku. Opowiadania, z które się składa, pisane w okresie Dwudziestolecia Międzywojennego utrzymane są jednak w manierze Młodopolskiego zachwytu nad etniczną odmiennością. Zbiór stanowy 15 tekstów "o życiu w Japonii" napisanych przez autora, który jest zafascynowany orientalną odmiennością i egzotyzmem odkrywanej przez Europę Japonii.

Ossendowski był jednym z pierwszych polskich orientalistów. Koniec wieku XIX i początek XX to okres wyrastania tej dziedziny naukowej z powijaków i dopiero ustalanie pewnych norm metodologicznych i naukowych. Dlatego też w opowiastkach o Japonii roi się od opisów wyidealizowanych, nieco infantylnych (np.: "małe stópki", "małe rączki", "drobne główki" uroczych japońskich musume) oraz uroczych błędów merytorycznych ("domki z bambusa i laki", mężczyzna w szerokim ozdobnym obi, żelazny pierścień, itp). Całość czyta się obecnie jak naiwne bajki o miłości i życiu z lekką nutą fantasy.

Trochę szkoda, że w nowym wydaniu uwspółcześniono polszczyznę. Zabieg ten odbiera nieco uroku wczesnych tekstów inspirowanych Japonią i sprawia też, że styl Ossendowskiego stał się miejscami niespójny i pospolity.


Kirino Natsuo, Prawdziwy świat, Sonia Draga, Katowice 2010.



Kolejne książki tej autorki potwierdzają tylko jej doskonały warsztat pisarski. Nie zawodzi, ani doborem tematu (niby prosty – syn zabił matkę), ani wątkami pobocznymi, które ukazują różne aspekty psychologicznego dojrzewania w społeczeństwie japońskim, ani zwrotami akcji. Nie jest to zbyt głębokie studium psychologii, ale pamiętajmy, że Kirino pisze raczej thrillery, a nie powieści w stylu Prousta.

Czyta się od deski do deski w napięciu. Kawał dobrej roboty. I nawet przekład z angielskiego nie przeszkadza. Może nawet pomógł uniknąć pułapek kulturowych.

m.


:: 11 kwietnia 2012 ::


Japonia XXI wiek

Hasło „Japonia” u większości ludzi w pierwszej kolejności najczęściej budzi skojarzenia z high-tech miastami i zawrotnym tempem życia w stylu science-fiction...

Nic bardziej mylnego.
Owszem, w Japonii też jest XXI w. Ale nie zawsze to widać.


Wypożyczalnia kimon naprzeciwko (Tokio)


Dōjō aikidō (Tokio)


Suszące się ściereczki z japońskiej ciastkarni (Kioto)


Pętla autobusu miejskiego, który dociera tylko 2 razy na dobę (Osezaki)


Telewizor w ryōkanie na 100 jenówki (Ōshima)


Dosztukowana plastikowa paprotka, żeby nie było łyso (Kioto)


Inna Shibuya (Tokio)


Zabezpieczenie przeciwpożarowe (Kioto)


High tech pompa (Tokio)

I na szczęście są takie miejsca.
Dzięki temu można poczuć się normalnie, swojsko i jak u siebie.

m.


:: 12 kwietnia 2012 ::


Bonsai dla kompletnych laików

Marzy się wam bonsai na parapecie? A nie macie talentu do podlewania i chuchania, żeby po tygodniu nie padło?
I chcielibyście cieszyć się takimi kwitnącymi śliwami przez cały rok?


zdjęcie ze strony sklepu Silkflowers

Właśnie na rynku pojawiała się oferta bonsai z jedwabiu (i niestety plastiku też) dla leniwych wielbicieli japonizmów.

Wieczne i niewymagające (prócz odkurzania) bonsaiki można kupić w sklepie Silkflowers lub Quality Silk Plants, za jakieś „jedyne” 100 USD.


Zdjęcie ze sklepu Quality Silk Plants

Wyglądają prawie jak oryginalne. Ale „prawie” robi jednak sporą różnicę...

m.


:: 14 kwietnia 2012 ::


Norige

Elementy kultury koreańska przenikają niezwykłymi kanałami. Ostatnio, pod wpływem koreańskich dram (i współczesnych i tych bardziej historycznych) coraz bardziej popularne stają się zawieszki-talizmany norigae (w wersji japońskiej norige ノリゲ).



W Korei noszone były do tradycyjnego stroju hanbok. Na początku lat 70-tych zeszłego stulecia przywrócono tradycję norgae i hanbok i od tego czasu oba elementy narodowe zyskują na popularności.



W Japonii, pod wpływem mody na koreańskość norigae przypasowywane są nawet do kimona.

Norigae wywodzą się z szamańskich ochronnych amuletów jema, i dzielone są na 3 rodzaje:
1. magiczne, są talizmanami zapewniającymi na przykład narodziny synów
2. Symboliczne (bliskie magicznym), mające zapewnić powodzenie i szczęście
3. praktyczne, które są przybornikami na rzeczy codziennego użytku (np. na igły).

Norigae różnią się kształtem w zależności od pozycji społecznej, okazji, pory roku, a także materiałów, z których są wykonane. Najdroższe wytwarzane były z złota, srebra, brązu, miedzi, białego i zielonego jadeitu, agatu, turkusów, malachitów, pereł, korali, szylkretu, bursztynu czy kości słoniowej.

Mają rożne symboliczne kształty: zwierząt (nietoperz, kaczka, karp, żółw, motyl, cykada, tygrys czy smok(, roślin (bakłażan, czerwona ostra papryka, winogrono, pomarańcz, bawełna, orzech włoski, brzoskwinia, lotos, gałązki sosny), przedmiotów codziennego użytku (dzwonki, bębenki, siekiera, kamień do rozcierania tuszu), znaków kanji (na długowieczność czy szczęście) i w końcu symboli religijnych (dłonie Buddy, paciorki różańca).



Idea norigae bazuje na zakodowanej w nich symbolice:
Siekiera odpędza demony, które powodują choroby.
Łapa tygrysa symbolizuje odwagę, odgania zło i 5 trujących stworzeń (węża, jaszczurkę, ropuchę, wija i pająka).
i zapewnia szczęście.
Dzwonki odpędzają złe duchy, przywracają powodzenie, są też symbolem oświecenia i harmonii.
Poduszeczka (trójkątna) chroni przed trzema katastrofami: powodzią, ogniem i nawałnicami.



Karp strzeże skarbów i wiecznie czuwa (medytuje), a także zapewnia zdrowie i wigor.
Nietoperz symbolizuje szczęście i powodzenie, a także miłość, płodność i długowieczność.
Winogrona i granaty zapewniają liczne potomstwo a bakłażan i czerwona papryka zapewniają męskiego potomka.
Motyl symbolizuje szczęście małżeńskie.
Kaczki mandarynki uosabiają harmonię między małżonkami i błogosławieństwo licznych synów.
Kwiat lotosu zapewnia płodność, a jednoznacznie jest symbolem buddyjskiej nirwany.
Gałązki korala zapewniają zdrowie.
Storczyki są symbolem piękna i dobrego pochodzenia. Odpędzają też zło.
Brzoskwinia zapewnią wieczną młodość i długowieczność.
Cykada jest symbolem reinkarnacji oraz pięciu zalet: wykształcenia, prawości, skromności, wiarygodności i oszczędności.

Wersje współczesne, wykonane z nieco bardziej przystępnym materiałów, można kupić zaocznie na przykład w sklepie internetowym Sonjjang*.

Można je zakładać na różne okazje, na przykład na ślub:


Zdjęcie sukni ślubnej, przyozdobionej norigae, Sarah Lee Weave, autorki bloga A Beautiful Life.

* O cenach pomilczmy.

m.


:: 16 kwietnia 2012 ::


Pozazdrościć...

Kiedy się siedzi w Japonii brakuje polskiego chleba, czy przyzwoitych ziemniaków...
Kiedy się wraca na polski grunt tęskni się za całym pakietem udogodnień:

takich „drobnostek”, jak przydomowy parking na rowery



czy kompaktowy parking na samochody. Łatwo się przyzwyczaić do takich wygód, ale, przyznaję, nawet w Tokio nie są one zbyt częste...



Bywają za to takie smaczki jak ptaszki na barierkach które, na co dzień, czynią dzień milszym



czy zadbane i architektonicznie dopieszczone zaułki





Brakuje mi też w Polsce wszędobylskich tańszych i droższych małych knajpek wszelkiej maści



Kompromisowej różnorodności i współistnienia


Sklep rowerowy obok sklepu z piklami tsukemono

A prywatnie strasznie brakuje mi w naszym kraiku nawyku sprzątania po psich pupilach



ale też jasnych oznaczeń miejsc, do których z sierściuchem można wejść


(no, dobrze, we Wro nie jest z tym najgorzej)

Tęsknię też za Starbucksem, w którym nie pytają o imię i podaję matcha latte



I jeszcze coś, co pozostaje w mojej absolutnej sferze marzeń...



że ulice z okazji Euro nie będą wiecznie rozgrzebywane, bo po raz kolejny padł jakiś kabel.

I w końcu odrobiny powagi w traktowaniu odrobiny kawaii w życiu. Przecież może być przyjemniej na cod dzień...




m.


:: 17 kwietnia 2012 ::


W drodze na Hokkaido

Książka, a w zasadzie połączenie reportażu i dziennika z podróży z niezłą dozą podkolorowanej (?) prozy. Czyta się świetnie. Jednym tchem.



Autor ma niesamowite poczucie humoru i spory dystans do siebie, co pozwala mu dostrzec wiele ciekawych zjawisk w otoczeniu, przez które przejeżdża. Jest też człowiekiem Zachodu, który na kulturę patrzy subiektywnie i dość złośliwie. Miejscami z lekką wyższością (i nie chodzi o wzrost).

Ale, co się rzadko się zdarza, za krytyką i obgadywaniem Japończyków niejako za plecami, idą też refleksje. I to miejscami bardzo ważkie. Bo choć autor nie oszczędza opisywanych ludzi, i wylewa wszystkie żale obcokrajowca, to sposób, w jaki to robi, broni się i pokazuje problem z szerszej perspektywy. Ferguson pisze wprost i to często w dość ostrym tonie, to, o czym inni napomykają tylko półgębkiem, z obawy o dobre wychowanie. Między innymi pisze o poczuciu wyobcowania, które, prędzej czy później dopada wszystkich gaijinów w Japonii:

„Kompleks Seidenstickera – pojęcie pochodzi od nazwiska amerykańskiego uczonego i tłumacza – to określenie ambiwalentnych uczuć, jakie dręczą przebywających od dawna w Japonii obcokrajowców; wahadła emocjonalnego huśtającego się pomiędzy przyciąganiem a odrzuceniem przywiązaniem i niechęcią – w tę i z powrotem. Jednak ten obraz jest fałszywy. Uczucia, o których mowa, nie pojawiają się naprzemiennie. Są one ze sobą nierozerwalnie związane. Tak nierozerwalnie, jak odór moczu i woń kadzidła niesione przez wiatr. To samo święto oczarowuje nas i wyklucza. Nie jest tak, że Japonię się kocha, a potem się jej nienawidzi w rytm uderzeń metronomu. Ten kraj się kochanienawidzibliskodaleko niego, wyjechaćstądzostaćtu.
U większości ludzi Zachodu w końcu zwyciężą jedno z tych pragnień i zamiast odczuwać obie nierozerwalne emocje, wyjeżdżają lub zostają. Są jednak tacy, którzy tkwią pośrodku, zawieszeni pomiędzy sprzecznymi pragnieniami. Są zagubieni i niepewni, czy chcieliby zostać znalezieni. Próbują biec w dwóch kierunkach naraz i pozostają w miejscu. Jak jelonki na szosie.” (str. 144)

Muszę przyznać, że choć miejscami męczyły mnie piwno-damsko-męskie kawałki, to czytałam z ogromnym zaciekawieniem, oczekując kolejnych celnych spostrzeżeń, np.:

„Japończycy nie są chłodnym narodem. Czasami tego żałuje, trudniej przez to myśleć o wyjeździe. Problem polega na tym, że nie jesteśmy u nich mile widziani. To znaczy jesteśmy traktowaniu jako obcy. Problemem nie jest wykluczenie, lecz częściowe wykluczenie. Drzwi są otwarte, ale nie został zdjęty łańcuch łączący je z framugą. Jedna ręka zaprasza do wejścia, a druga zatrzymuje. Japonia przypomina hostessę, która flirtując, wdziera się do naszego serca, nalewa nam drinki, łechce naszą miłość własną, uśmiecha się i wzdycha, wysłuchuje naszych opowieści, a potem, gdy zapada chwilowa cisza, pyta: „Jak to zrobiłeś, ze się tak spasłeś?”. Japonia nie jest Krajem Złamanych Serc, jest Ziemią Zranionej Dumy. Martwi mnie nie tyle to, że zamierzałem zostać jednym z nich, a nie mogę – nigdy nie zamierzałem zostać Japończykiem. Moje serce człowieka Zachodu rani fakt, że wszystko, co robię i wszystko, czego chcę jest bez znaczenia. I tak nie mógłbym zostać Japończykiem, nawet jeśli bym chciał – i to właśnie obraża moją dumę. Chcemy móc odrzucać, ale nie chcemy być odrzuceni” (str. 141)

Książka ta pokazuje Japonię nie przez pryzmat haseł rodem niemalże z Wikipedii (jak książeczka Japonia autorstwa Piotra Kraśki), ale od prywatnej i niepowtarzalnej perspektywy nieco szalonego autostopowicza. Tego nie znajdziecie w standardowych opracowaniach o Japonii.
Przyznam się, że zazdroszczę trochę autorowi. Ale nie tej podróży. Raczej tupetu, dzięki któremu mógł tego dokonać...

Will Ferguson, W drodze na Hokkaido, Autostopem przez Kraj Kwitnącej Wiśni, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2011.

m.


:: 24 kwietnia 2012 ::


Osobiste zapiski z Japonii

Dzisiaj na szybko przekierowanie na kolejne dwa osobiste blogi z życia po japońsku. O życiu mniej lub bardziej codziennym subiektywnie, czyli
Szamanka w Japonii
oraz
Subiektywnie z Japonii.

Jak we wszystkich dotychczas wspominanych blogach za każdym razem inna perspektywa. A więc różnorodnie...

m.



:: 25 kwietnia 2012 ::


Podwojenia

Czytając teksty japońskie często można natknąć się na znak-nie znak 々 . Jest to symbol graficzny na powtórzenie znaku kanji. Ponieważ istnieje pewna pula słów, które zachowały prymitywną liczbę mnogą (tworzoną przez podwojenie), a niektóre znaki kanji mogą składać się z niewygodnie dużej ilości kresek, żeby ułatwić zapis, wprowadza się drugi odczyt za pomocą skrótowego znaku na podwojenie, np.:

時々 tokidoki (czasami)
色々な iroiro na (różny)
次々 tsugitsugi (następne)
段々 dandan (stopniowo)
年々 nennen (corocznie)
角々 kadokado (w każdym rogu)
元々 motomoto (pierwotnie, na początku)
又々matamata (znowu, ponownie)
万々banban (bardzo, w pełni)
昔々mukashimukashi (dawno, dawno temu)
丸々 marumaru (całkowicie, kompletnie)
内々 uchiuchi (prywatny, nieformalny, osobisty)
区々 kuku (różny, inny)
少々 shōshō (trochę)
代々 daidai (z pokolenia na pokolenie)
両々ryōryō (oba)
早々sōsō (wcześnie) (UWAGA: czytanie sino-japońskie)
各々onoono (każdy)
我々wareware (my)
折々oriori (czasami, od czasu do czasu)
度々 tabitabi (często)

Warto jednak zapamiętać, że w niektórych przypadkach pojawia nigoryzacja*, ułatwiająca wymowę, która nie jest zasygnalizowana graficznie w zapisie, np.:

日々hibi (codziennie, dzień po dniu)
月々 tsukizuki (co miesiąc)
様々な samazama na (różnorodny)
人々 hitobito (ludzie)
久々 hisabisa (po raz pierwszy do dawna)
下々 shimojimo lub shitajita (niższa klasa społeczna)
口々 kuchiguchi (każde wejście/ każde usta)
白々 shirojiro (bielutki)
近々 chikajika (niedługo)
先々 sakizaki (w odległej przyszłości)
所々tokorodokoro (i tu i tam, wszędzie)
品々 shinajina (różne przedmioty, różne artykuły)
黒々 kuroguro (czarniutki)
国々 kuniguni (rożne kraje)
共々tomodomo( razem)

itd...bo jest takich wyrażeń mnóstwo...


*nigoryzaja (nigori) – termin japonistyczny oznaczający „zmącenie” (zmianę) dźwięku (po części zjawisko podobne do udźwięcznienia w języku polskim) zaznaczane w hiraganie i katakanie za pomocą kreseczek ( ゛) i kółeczek (゜).
m.



:: 27 kwietnia 2012 ::


Południowi barbarzyńcy

Nanban byōbu to parawany przedstawiające gości z zagranicy (Portugalii), którzy przybywali na przełomie XVI i XVII w do portu w Nagasaki. Stanowią one świetne migawki historyczne ukazujące, w nieco krzywym zwierciadle, bo według odczuć estetycznych tubylców, elegantów ze starego świata...











Widać, skąd się mogło wziąć przekonanie, że biali barbarzyńcy (nanbanjin) mają nadzwyczaj długaśne nosy... ;)



m.



::

2017
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień


RSS