Rzecz, która ukazała się jakiś czas temu. Forma mnie zachwyca, bo jest to przedruk książki z 1904 roku. Mowa o „Listach z Japonii” autorstwa Rudyarda Kiplinga.


Zachwyca, bo zachowany jest oryginalny przekład na język polski z początku XX w.

Ale mam z tą książką kłopot, bo nie wiem, czy nie doceniam Kiplinga (to przecież TEN Kipling), czy go po prostu nie rozumiem...

Kipling ogląda Japonię podczas niezbyt długiej podróży (obejmującej miejsca opisane w Baedekerze*) i przez pryzmat białego kolonizatora brytyjskiego z Indii. I stąd mój kłopot, bo z jednej strony się zachwyca wszystkim, co japońskie, maleńkie, czyściutkie, a z drugiej strony nie stroni od rasistowskich (tak określilibyśmy jego słowa obecnie) uwag na temat wschodnich nacji.

A na dodatek wszystko porównuje do Indii, co dla czytelnika jest tłumaczeniem niewiadomej przez niewiadomą. Miejscami można poczuć więcej sympatii do podróżującego wraz z autorem „Profesora”, bo jego słowa na temat odmiennej kultury są nieco bardziej wyważone.

Kipling zdaje się sam gubić w swoich odczuciach, np.:
„Miałem ochotę powiedzieć mu [kupcowi]: czcigodna osobo! zanadto jesteś czysty i wykwintny dla tego świata, dom twój nie dla ludzi naszego padołu, chyba, że się nauczą wielu rzeczy, których mnie nikt nie uczył. A zatem, nienawidzę cię, bo się czuję niższym od ciebie, ty zaś gardzisz mną i mymi butami, uważasz mnie bowiem za człowieka dzikiego. Puść mnie, albo rozwalę nad głową ten drewniany dom cedrowy!”. Zamiast tego powiedziałem mu: „O, tak! Bardzo tu pięknie. Bardzo ciekawy rodzaj handlu...”
Kupiec był strasznym zdziercą; było mi gorąco i nieswojo, dopóki się stamtąd nie wydobyłem na ulicę i nie powróciłem do roli szczerego Anglika, brnącego swobodnie po błocie.” (str. 13-14)

„I tu, jak w Nagasaki, miasto przepełnione małemi dziećmi i tak, jak tam, uśmiechają się wszyscy, z wyjątkiem Chińczyków. Nie lubię Chińczyków. W rysach ich twarzy dostrzegłem coś, czego zrozumieć nie mogłem.” (str. 27)

czasami czyni porównania przyrodnicze:

„Japończycy podobni są do ptilinorynchów, ptaków australijskich. Do ozdoby swych domów zbierają wszystko: kamyki, dziwacznie wygładzone przez wodę, odłamy skały, drobne kamyki. Zmieniając mieszkanie, zabierają ze sobą cały ogród – sosny i resztę, a nowy lokator może sobie przyozdabiać grunt podług własnego gustu.” (str. 83-84)

czasami panowie dywagują na temat postępu cywilizacyjnemu, który zagraża tej arcyciekawej turystycznie krainie:

„-Daleki Wschód nie ma już duszy, bo czyż konstytucyja może wynagrodzić noszenie odzieży europejskiej? Widziałem damę japońską w tualecie wizytowej. Wyglądała okropnie. Czy widziałeś pan ostatni wyraz sztuki japońskiej – malowidła na wachlarzach i w witrynach sklepów? Jest to wierne odtworzenie zmiany sposobu życia – słupy telegraficzne, linie tramwajowe, cylindry i walizki podróżne. Artyści mogą namalować te rzeczy znośnie, ale gdy się stylizuje kostyum europejski, efekt jest okropny.
Japonia – rzekł profesor – chce zająć miejsce śród narodów cywilizowanych.
Na tem właśnie polega tragizm kwestyi. Chce mi się płakać, gdy patrzę ba ten źle skierowany wysiłek, na to gwałtowne dążenie do brzydoty dla uznania u ludzi, którzy malują na biało sufity, na szaro – kominki, a powozy – na żółto i czerwono. Mikado ubiera się w barwy niebieskie, złote i czerwone; gwardya jego nosi spodnie pomarańczowe z niebieskimi lampasami. Misyonarze amerykańscy uczą młode Japonki nosić frendzle, „frendzle fryzowane” na czole, uczą je splatania warkoczy i zawiązywania ich czerwnemi i jaskrawo-niebieskiemi wstążkami. Niemiec sprzedaje im obrzydliwe obrazi i etykiety na butelkach od piwa. „Allen and Ginter” zasypują Tokio pudełkami od tytuniu z blachy krwawo-czerwonej i zielonej. I wobec tego wszystkiego kraj chce dążyć do cywilizacyi!” (str. 148-149)

Według autora i jego towarzysza podróży Japonia to kraik maleńkich ślicznych ludzików, którzy parają się wyrabianiem maleńkich pięknych pudełeczek, puzdereczek i innych eleganckich drobiazgów, które przyjeżdżają nabywać biali, otrzaskani z cywilizacją koneserzy z Zachodu.

Panowie to podsumowują w taki sposób:
„- Ilebyśmy zyskali – mówił profesor – gdyby można ustanowić międzynarodowy protektorat nad Japonią, aby ja zabezpieczyć od groźby najazdu i zaboru, i płacić temu krajowi, ile zażąda, pod warunkiem jedynie, ze ludność będzie siedziała spokojnie i wyrabiała piękne rzeczy, podczas gdy nasi ludzie będą się uczyli, Gdybyśmy mogli całe cesarstwo japońskie włożyć pod szklany klosz i napisać na nim: „ Hors Concours”, Exhibit A.”
Hu! - mruknąłem. - A co to znaczy „my”?
No, my w ogóle, Sahibowie całego świata.” (str. 29-30)

I jakoś po lekturze tych listów nie mogę się pozbyć uczucia zażenowania... I tłumaczenie, że takie były czasy, nie pomaga...


Rudyard Kipling, Listy z Japonii, Wydawnictwo XEEIN, Kraków 2012.

* Taki ówczesny Lonely Planet
m.
::

Komentarze:

31.03.2013, 18:57
Sylwia
A film "Lost in translation" ("Między słowami") S. Coppoli? Pozornie banalny romans w Tokio, film prawie kultowy, i mający wielu fanów. Ale postrzeganie współczesnych Japończyków jako"śmiesznych ludzików" przez głównego bohatera to dla mnie inny, równoległy wymiar tego filmu, niestety.

30.03.2013, 08:56
matsumi
I całkiem dobrze się znamy z autorką wspomnianego bloga :).

29.03.2013, 21:13
binko
podążacie za tym samym trendem intelektualnym, stąd podobny odbiór

29.03.2013, 10:43
matsumi
E, tam. ;). Jako japonista mogę się czepiać niemal prywatnie... Ale nie tylko ja tak odebrałam tę książkę (patrz: JaponiaBliżej)...

29.03.2013, 00:02
Jedrek
Recenzja więcej mówi o recenzującym, niż o autorze książki ;-)

wróć